I Amsterdam – nasza lipcowa podróż

Przed wyjazdem czytałam, że Amsterdam to podobno najbardziej kosmopolityczne miasto Europy. Zderzenie ludzi każdego koloru, wyznania i języka, którzy zafascynowani Amsterdamem, postanowili na trochę tam pozostać. I wcale im się nie dziwię, bo ja z przyjemnością bym tam została. Wizja zawożenia Janka i Hani na rowerze do jednego z amsterdamskich przedszkoli bardzo mi się podobała. A muszę przyznać, że jechałam tam z pewną obawą, bo nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po mieście, które jest znane z legalnej prostytucji i marihuany. Także przed oczami miałam obraz naćpanych ludzi, szukających pocieszenia „w ramionach” holenderskiej prostytutki. Jednym słowem syf, kiła i mogiła jak to mówią. ALE…. ALE…. Drogi Amsterdamie PRZEPRASZAM, MYLIŁAM SIĘ! Jak się okazuje nawet w mekce wolności, tolerancji i swobody panują jakieś zasady i obostrzenia, choć obecność coffeeshopów (czyli NIE sklepów z kawą) niemal na każdej ulicy, nie do końca to uwiarygodnia. Hmm… A co można zrobić w holenderskim coffeeshopie, którego obecność poczujemy szybciej po zapachu niż po szyldzie? Jeśli macie 18 lat – to polecam pojechać i sprawdzić to osobiście! Abstrahując, to miasto zachwyca od razu! Jest pełno ludzi to fakt ale oni jakoś specjalnie nam nie przeszkadzali a ja jednak nie lubię tłumów tak ten był do zniesienia. Od pierwszej chwili musiałam się też przyzwyczaić do ich kultury poruszania się po drodze, najpierw ROWERY, potem cała reszta. A propo rowerów, ale ich tam dużooooooo, bardzo dużooooooo na ulicach, parkingach, przy budynkach. Mnóstwo! Podobno w Amsterdamie jest blisko miliona rowerów! A ścieżek rowerowych 400 tys. km!!!  Zazdroszczę im tego, bo powietrze u nich jest czyściutkie. Tam mało kto jeździ autem a jeśli już to elektrycznym!!! SZACUN! Dla moich zatok to idealne miejsce do zamieszkanie zaraz po Alpach. Amsterdam to miasto z charakterem. Wysokie, wąskie domki, które wyglądają jak z kreskówki. Rozchybotane na wszystkie strony, z nierównymi oknami, wąziutkie stojące przy kanałach.  Amsterdam można śmiało nazwać Wenecją północy, miastem przeciętym równą pajęczyną kanałów. Wieczorami ulice i zakamarki wypełnia światło latarni, a ludzie wylegają na ulice i  do klubów na nocne szaleństwa… Ale zanim Wam to wszystko opowiem,  to teraz czas na to aby wyjaśnić jak trafiliśmy do „tego” Amsterdamu.

Bilety kupiliśmy w listopadzie 2017, bo była promocja w Ryanair. Za dwa bilety w obie strony zapłaciliśmy ok. 300 zł. Były też inne kierunki w ofercie ale od dłuższego czasu planowaliśmy podróż do Amsterdamu. Ogólnie bilety były już dostępne po 55zł ale my chcieliśmy jechać w lipcu aby zahaczyć o naszą rocznicę ślubu, więc były one trochę droższe bo to okres wakacyjny. Hotel zabukowaliśmy miesiąc przed podróżą i też z jakiejś promocji na booking.com. Wtedy myślałam, że to był strzał w dziesiątkę. Jednak na miejscu trochę się rozczarowaliśmy hotelem, nic poza dobrą lokalizacją nie było tam ok. Do Amsterdamu dotarliśmy pociągiem z Eindhoven. Najpierw z lotniska na dworzec kolejowy autobusem nr.400 w 20 minut a potem 65 min pociągiem do centrum Amsterdamu. Od razu po przyjeździe poszliśmy wypożyczyć rowery. Ja nie byłam tym pomysłem zachwycona, bo po pierwsze bałam się, że mi spadnie walizka z bagażnika a po drugie paraliżował mnie ruch uliczny. Myślałam, że Amsterdamowi bliżej do Londynu pod tym względem. No nie. Tutaj pierwszeństwo zawsze ma rowerzysta i jest pełno udogodnień dla cyklistów. Nice! Podróż ze ścisłego centrum pod nasz hotel trwała 7 minut. Odnieśliśmy bagaże do pokoju i poszliśmy jeść oraz zwiedzać najbliższą okolicę. W Amsterdamie mają fajną sieć marketów Albert Heijn. Wpadliśmy tam po wodę a wyszliśmy z zakupami na „obiad”. Żeby nie tracić czasu za bardzo, to wzięliśmy sobie po dużej sałatce, bagietkę, krewetki i salsę pomidorową. Usiedliśmy sobie na placu muzeów , gdzie znajduje się Muzeum van Gogha, Muzeum sztuki współczesnej, Rijsk Muzeum, House of Bols etc. i tam w kulturalnym towarzystwie zjedliśmy i zorientowaliśmy się co gdzie jest w mieście. Potem pojechaliśmy do Vondelpark’u. Jest to park położony kilkaset metrów na południe od centrum miasta, jedno z wejść jest tuż obok Leidseplein – dzielnicy gdzie znajdziecie najwięcej restauracji, clubów i dyskotek. W parku można  leżeć na trawie, piknikować, jeździć na rowerze, grać w piłkę. Dostępne są place zabaw dla dzieci. A na jednej z kawiarni Muzeum Filmowego – Vertigo można poleżeć i relaksować się na wielkim tarasie. Z parku pojechaliśmy do hotelu się szybko odświeżyć i  wieczorem udaliśmy się na Plac Dam – Centralny punkt miasta, oczywiście na rowerach.  Na placu z jednej strony stoi Pałac Królewski, z drugiej muzeum figur woskowych Madame Tussaud, w głębi luksusowy historyczny Hotel Krasnapolsky, założony w drugiej połowie XIX wieku przez Polaka, dalej wielki dom towarowy Bijenkorf. Pośrodku placu stoi Monument – pomnik Pamięci Ofiar II –wojny Światowej, na którego schodach siedzą młodzi ludzie z całego świata.

Czy można sobie wyobrazić lepsze centrum miasta?

Pałac Królewski, który dominuje na Damie był kiedyś ratuszem. Dopiero w czasach napoleońskich został przebudowany na Pałac Królewski, którą to role pełni do dziś. Pałac jest okresowo otwarty do zwiedzania ale my nie wchodziliśmy tam. Niedaleko stoi też ​ Stary Kościół (tzw. Oude Kerk) który jest jednym z najważniejszych kościołów w Holandii i jednocześnie najstarszą budowlą Amsterdamu stojącą w samym środku dystryktu czerwonych latarni. Kościół liczy sobie ponad 700 lat i pochowanych w nim jest wielu znamienitych historycznych postaci, m.in. Saskia, żona Rembrandta. Co mnie najbardziej zdziwiło jak zwiedzaliśmy ten kościół to to, że na tym placu wokół kościoła są wybaczcie za kolokwializm „ burdele”. Wychodzisz z kościoła i pierwsze co widzisz na wprost to wijącą się panią w witrynie okna i to z każdej jego strony. Hmm… na maksa dziwne. No i będąc w okolicy nie można sobie odmówić spaceru po Red Light District- czyli po Polsku: Dzielnica Czerwonych Latarni. Jest to dzielnica otwartej prostytucji! Panię stoją w oknach wystawowych, niczym oświetlone na czerwono wystawy sklepowe i zachęcają przechodniów do skorzystania z ich usługi. To było takie trochę „saiko” Bo miało się wrażenie, że oglądasz żywą wystawę w muzeum. Takie lalki zamknięte w pudełku. No nie do opisania… a że w dzielnicy tej obowiązuje zakaz robienia zdjęć więc Wam nie pokaże.  Najlepiej samie to zobaczcie jak będziecie w Amsterdamie. Oprócz pań wodzonych na pokuszenie panów, dostępne są też inne lokale rozrywkowe o podobnej tematyce. Wieczorem dzielnica ta jest zatłoczona przez turystów i nie traktujcie tej rozrywki zbyt poważnie. To miasto już takie jest i to chyba czyni go niepowtarzalnym. Po eksplorowaniu placu dam wróciliśmy do domu, bo już było zimno. A i najważniejsze…. W Amsterdamie zachód słońca jest dopiero ok. 22:00. 21:00 to jak u Nas 18:00 czasu letniego! My wracaliśmy po 23:00 i dopiero szarówka się robiła. Także dzień jest tam długi. Kolejnego dnia wybraliśmy się z rana na zwiedzanie muzeum Heinekena a raczej Heineken Experience- i powiem Wam, że nic nie oszukują na tym tytule! Koszt wejścia dla osób dorosłych 18 EURO/os.  Na wejściu dostaliśmy gumowe bransoletki z dwoma czipami, które na koniec wymieniliśmy na 2 piwa. Podczas zwiedzania muzeum nie tylko poznajmy historię Heinekena ale i wszystkie etapy produkcji piwa, dodatkowo możemy się wcielić w jego rolę! Specjalnie przygotowany do tego pokój multimedialny daje nam taką możliwość. Efekt WoW gwarantowany J Po zakończeniu projekcji dostajemy 100ml Heinekena na degustację. PROOST! Z muzeum pojechaliśmy na targ kwiatowy Bloemenmarket, jako że była to nasza czwarta rocznica ślubu czyli kwiatowa to wypadałoby jakiegoś kwiatka dostać hehe i dostałam! 20 tulipanów do zasadzenia i z czego pewnie połowę będą musiała oddać bo kolejką po nie już się ustawiła 😀  Na takim targu kwiatowym, można kupić niemal wszystko, co związane z ogrodnictwem. A stoiska często są udekorowane tak, że nić tylko stać i podziwiać jakie to piękne. W większości  pawilonów jest zakaz  fotografowania ( nie wiem dlaczego) ale turyści i tak robią zdjęcia, a obsługa nie reaguje na to więc… no dziwne. Spacer po targu połączyliśmy z degustacją serów w pobliskich sklepach. Wchodzisz i masz kilka stołów na których są sery i różne do nich sosy, musztardy i dipy. Pychota!!! Sery holenderskie to jednak mistrzostwo! Na koniec udaliśmy się do Muzeum Van Gogha, tego pana chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Aktualnie w muzeum tym znajduje się ponad 200 obrazów VG, 500 jego rysunków i 700 listów, które wysyłał do rodziny i znajomych. Jest to największa taka kolekcja na świecie. Naprawdę polecam bo muzeum i historia Van Gogha jest wspaniała. Oczywiście w muzeum nie wolno robić zdjęć i tego bardzo pilnują ochroniarze. Jak tylko kogoś dorwą to od razu każą kasować zdjęcie. Jedyny obraz z którym można sobie zrobić „selfie” to słynny obraz mistrza „Słoneczniki”. Uwierzcie mi, że kolejka potrafi być długa do nich:)  Po wizycie muzeum poszliśmy trochę odpocząć do hotelu i wieczorem znowu pojechaliśmy na wycieczkę po dzielnicy Jordaan.  Jest to jedna z najsłynniejszych dzielnic Amsterdamu. Malownicza, tętniąca życiem, znana z licznych galerii sztuki i restauracji. To tutaj znajduje się Dom Anny Frank. Dla tych co nie wiedzą, to Anna Frank z pochodzenia niemiecka żydówka i autorką jednego z najsłynniejszych wojennych dzienników. Przez lata jej rodzina ukrywała się w Amsterdamie przed nazistami. Po czasie, ktoś ich wydał i całą czteroosobowa rodzina Anny została aresztowana przez Gestapo i deportowana do Auschwitz  Przez ten czas ukrywania się Anna prowadziła dziennik. Do dziś został on przetłumaczony na blisko 70 języków i zekranizowany. Kolejny punkt warty zobaczenia to Westerkerk. Piękny duży kościół z najwyższą wieżą w mieście. Warto się na nią wspiąć by spojrzeć na całe centrum, nam się niestety nie udało. Na wieży co wtorek bo wybiciu godziny 13:00 organy grają godzinny koncert, możemy usłyszeć tam muzykę z piosenek Presleya i Beatlesów. Tak zakończyliśmy nasz kolejny dzień w Amsterdamie. Nazajutrz postanowiliśmy zacząć dzień od zwiedzania Dzielnicy żydowskiej. Spotkacie tam piękne synagogi, wspaniałe budynki i imponujące. W samym sercu tej zabytkowej dzielnicy, zajmującej mniej niż 1 kilometr kwadratowy, znajduje się miejskie Centrum Kultury Żydowskiej i Żydowskie Muzeum Historyczne i szlifiernia diamentów Gassan Diamonds. Jest to jedna z najważniejszych holenderskich instytucji kulturalnych, łącząca w sobie muzeum dla dzieci, imponującą synagogę Portugalską oraz Pomnik i Muzeum Holokaustu. Ta dzielnica jest bardzo ważna dla Amsterdamczyków. Żydowską dzielnicę łączy z centrum miasta Niebieski Most (Bluawbrug) i w przysłowiu jidisz człowiek nie pozbędzie się swojego pochodzenia nawet gdy przejdzie Niebieski Most. Główną ulicą w tej dzielnicy jest Jodenbreestraat gdzie mieszkał Rembrandt i Baruch Spinoza. Najbardziej podobało mi się to, że w tej dzielnicy ludzie bardzo dbają o wygląd tego jak mają przed domem. Ilość zieleni robi swoje. Niektórzy nawet przed domem czy mieszkaniami mają postawione meble ogrodowe, które są zabezpieczone łańcuchem, przed kradzieżą. Stamtąd udaliśmy się rowerami do parku OOSTERPARK i potem do NEMO science museum, które wygląda z daleko jak zatopiony statek. To mniej więcej takie centrum nauki jak nasz warszawski Kopernik. Dużo atrakcji dla dzieci i fajny punkt widokowy na Amsterdam. Że mieliśmy napięty grafik to posiedzieliśmy chwilę tam, zjedliśmy i pojechaliśmy kładką przez Oosterdok na drugi brzeg. Tam pospacerowaliśmy i udaliśmy się potem do centrum przy placu Dam, gdzie resztę dnia ( 2h) spędziliśmy siedząc nad kanałkiem i delektowaliśmy się tą całą atmosferą która panuje w Amsterdamie.  Co mnie jeszcze zachwyciło w Amsterdamie? To przede wszystkim Amsterdamskie Kanały (Gracht). Jest ich ponad sześćset. Kiedyś były drogą komunikacji i transportu towarów w tym mieście. Teraz są niezwykle malownicze i oddają dawne życie miasta. Całe miasto zbudowane jest według koliście je otaczających kanałów. O 19 mieliśmy mieć busa z Amsterdamu do Eindhoven, więc o 17:00 już wymeldowaliśmy się z hotelu i pojechaliśmy oddać rowery i spacerkiem na dworzec główny kolejowy. Tam mieliśmy pociąg na stację z której odjeżdżały FLIX busy. Kiedy dojechaliśmy już tam to wtedy zaczęła się nasza prawdziwa przygoda, bo chcąc naładować telefony w restauracji zorientowaliśmy się że nie mamy plecaka! Został w pociągu a z nim, mój portfel i dokumenty! Myślałam, że umrę. No ale Wito szybko podjął działania i w ciągu godziny mieliśmy informację, że plecak się znalazł i musimy podjechać do niego do…. HAGI. Haga mieści się w zachodniej części Holandii nad Morzem Północnym. Jest siedzibą holenderskiego rządu, parlamentu i rodziny królewskiej. Większość ministerstw i ambasad ma tu swoje siedziby, bo w Amsterdamie zrezygnowali ze względu na turystykę. W Hadze mieści się także kurort plażowy znajdujący się w Dzielnicy Scheveningen. Symbolem jego jest molo, którego długość wynosi prawie 400 metrów oraz ciągnącą się poza horyzont promenada. Także mieliśmy jeszcze 2 godziny na spacerowanie sobie po plaży w Hadze. Z Hagi zaś udaliśmy się bezpośrednio pociągiem do Eindhovem i byliśmy na miejscu po 23:00. Zarezerwowaliśmy sobie pokój na 23 piętrze z widokiem na miasto w Student Hotel. Megaaaa hotel, polecam Wam bardzo! O 6 wstaliśmy i szykowaliśmy się na powrót do Warszawy. Że hotel był tuż obok dworca to mieliśmy blisko do autobusu i już o 7:30 byliśmy na lotnisku a samolot startował o 8:50.

A co jedliśmy w Amsterdamie? Głównie braliśmy szybkie jedzenie na wynos ze sklepu Albert Haijn i Wok to Walk. To drugie to nic innego jak noodle na wynos. W Polsce też je jadłam  ale im do pięt nie dorastają! W Amsterdamie znajdziecie ich pełno w centrum miasta, min. Wok to Walk, Wok Inn, Wok to Go.

 

Poniżej „trochę” fotorelacji:)