Bangkok – prawie jak kac vegas

W Chumphon wsiedliśmy do autobusu i jechaliśmy przez zalane deszczem drogi przez ponad 8 godzin do Bangkoku. Całą podróż mocno padało i w pewnym momencie w centrum jakiegoś miasteczka pojawiła się woda na drodze, słuchajcie powódź! Ciężko było przejechać autobusem bo woda sięgała gdzieś na trzy czwarte wysokości koła autobusu. Jak obserwowaliśmy przez okna to widać było, że okoliczne knajpki i sklepiki były pozalewane! Najbardziej zdziwił nas fakt, że nikt się tym nie przejmował i mieszkańcy zajmowali się swoimi codziennymi sprawami, a klienci knajpek spokojnie cieszyli się posiłkami 😊 Dłuższy czas jechaliśmy ślimaczym tempem, przez co mieliśmy sporo opóźnienie i w Bangkoku byliśmy o 1:30 w nocy. Jak się okazało później, bardzo często w tych rejonach jest taka pogoda i tam non stop ludzie są zalewani przez deszcz, więc pewnie stąd ten ich spokój. Po wyjściu z autobusu rzucili się na Nas taksówkarze, próbując wziąć nasze torby do swoich aut, żeby tylko z nim jechać ale my spokojnie odeszliśmy na bok i złapaliśmy taksówkę na ulicy. Z przewodników wiedzieliśmy, że trzeba brać tylko te taxi które są z licznikiem i upewniać się, że są akurat włączone. Inaczej narażamy się na wysoki koszt za przejazd, bo niestety tak robią aby zarobić na turystach. My za przejechanie ponad 10 km pod hotel zapłaciliśmy ok. 10 zł a była to pora nocna więc podwójna stawka. Jakbyśmy nie zwrócili uwagi na „taxi meter” to byśmy zapłacili w granicy 50-70 zł. Do hotelu dotarliśmy chwilę po 2:00 w nocy. Hotel „Nasa Vegas”  (prawie jak Kac Vegas :)) okazał się naprawdę olbrzymi, bardzo ładnie się prezentował w środku, obsługa w recepcji bardzo miła, uprzejma, boye hotelowi prezentowali się w ładnych mundurkach, wszystkie torby nam wnieśli i to chyba na tyle z ładnych rzeczy. Pokoje okazały się mocno średnie, ale za tą cenę (65zł za noc/os) nie mogliśmy narzekać. Jedyne co nas rozczarowało to brak Internetu, co nawet na „bezludnych” wyspach się rzadko zdarzało. A tu wielkie miasto, wielki hotel blisko centrum i za 24h Internetu musieliśmy zapłacić ok. 15 zł. Niby nic ale taki szczegół w tych czasach… dziwne😊

Następnego dnia rano mieliśmy całkiem fajny plan na zwiedzanie. Sprawdziliśmy sobie połączenia komunikacją i dodam jeszcze, że nasz hotel był przy samej stacji metra, także, wszędzie mieliśmy blisko. Także pełni zapału wyszliśmy bez śniadania, bo przecież to wielkie miasto, w którym na pewno znajdziemy coś dla siebie tak jak to było w poprzednich miejscach gdzie byliśmy podczas całej naszej podróży. Stwierdziliśmy, że udajemy się w stronę Wielkiego Pałacu i po drodze coś zjemy. Hmmm… oczywiście na ulicach jedzenia było pełno! Ogólnie tajowie gotują wszystko co się da, gdzie chcą i kiedy chcą, na swoich przenośnych „restauracjach” na skuterach. Nawet do tego stopnia, że potrafią ze sobą zabrać dodatkowe krzesełka i stoliki, żeby klient mógł spokojnie zjeść. Niby wszystko fajnie, ale jak sobie wyobrazicie kilkadziesiąt takich, jedno koło drugiego, smażących na głębokim oleju, w 40 stopniowym upale w którym mieszają się wszystkie możliwe zapachy! Mnie mdliło od tego smrodu, a że byłam na maksa głodna to tym bardziej mi to doskwierało. Postanowiliśmy, wsiąść w byle jaki autobus, żeby poszukać czegoś w bardziej przyjemnych warunkach. Faktycznie udało nam się znaleźć przyjemną klimatyzowaną knajpkę i zjeść pyszne tajskie dania. Kiedy wyszliśmy z lokalu to zdaliśmy sobie sprawę, że nie wiemy, gdzie jesteśmy😊 Więc na chłopski rozum wsiedliśmy w ten sam autobus, tylko w przeciwnym kierunku. Oczywiście wywiozło nas nie wiadomo gdzie, więc zaczęliśmy kombinować i szukać na mapie gdzie my to właściwie jesteśmy. Po chwili zorientowaliśmy się, że mamy niedaleko China Town, więc wysiedliśmy i zobaczyliśmy tłumy ludzi i masę chińszczyzny (mówię o przedmiotach). Wszystko chyba tam było: betoniarki, boilery, skuwki do długopisów, elektronika, odzież, biżuteria, po prostu wszystko! Pospacerowaliśmy między tymi „straganami” przez dłuższy czas po czym stwierdziliśmy, że jednak pojedziemy na nocny bazar Patpong Night Market znajdujący się w centrum Bangkoku. Sprawdziliśmy jakie mamy połączenia i wsiedliśmy w autobus – znowu. Jechaliśmy nim ponad godzinę! I wedle tego co w Internecie wyczytaliśmy to zostało nam jeszcze 8 przystanków, a tu nagle autobus się zatrzymał i zaczął wyganiać wszystkich. Byliśmy zdezorientowani, zdziwieni bo podjechało jeszcze kilka autobusów i sytuacja się powtórzyła. No dobra, to postanowiliśmy się przesiąść do taksówki, bo totalnie nie wiedzieliśmy gdzie za bardzo jesteśmy a i żadnego autobusu nie było który mógłby nas dalej zawieźć. Złapaliśmy pierwszą taksówkę, pan się zatrzymał, powiedzieliśmy gdzie chcemy jechać a on jakby wystraszony odmówił, no ok. To jeszcze nie wzbudzało naszych podejrzeń. Potem druga, trzecia i czwarta i tam sama historia, już zaczęliśmy sobie wmawiać, że może to jakaś przestępcza strefa do której nikt nie chce się zbliżać! Ogólnie było już ciemno, ja byłam na maksa wystraszona! Już mówiłam, żebyśmy jechali do hotelu i odpuścili sobie to miejsce, natomiast mój mąż był bardzo ciekawy dlaczego nikt Nas tam nie chce zabrać i nie dał za wygarną! W końcu umówiłam się z nim, że jeśli następny taksówkarz się nie zgodzi nas zabrać to wracamy do hotelu. Podjechała jakaś żółto-zielona taksówka i kierowca po chwili zawahania się zgodził nas zawieźć na miejsce. Po chwili jazdy zorientowaliśmy się, że jedziemy w innym kierunku niż chcieliśmy, akurat był korek i podpięliśmy się telefonem do Internetu i sprawdziliśmy jeszcze raz lokalizacje tego miejsca i okazało się, że cały ten czas jechaliśmy w zupełnie inne miejsce. Nie wiem z czego to wynikało, że telefon mojego męża pokazywał zupełnie inną lokalizację niż mój, mimo że wpisywaliśmy dokładnie to samo! Ehh… Po drodze zrozumieliśmy także, dlaczego wszyscy poprzedni taksówkarze nam odmawiali, chodziło o ogromny korek jaki się robi w Bangkoku po godzinie 18! Jechaliśmy 1,5 godziny. Wysiedliśmy na jednej z głównych ulic i zobaczyliśmy tam masę ludzi, klubów, restauracji. No po prostu nocne życie Bangkoku! Dotarliśmy na bazarek i tam ukazała się nam cała masa straganów, a po zewnętrznych ich stronach były kluby z pokazami dla dorosłych. Chodząc i oglądając jakie produkty mają na sprzedaż, co chwilę ktoś podchodził i podtykał nam pod nos jakieś ulotki z pokazami i różnymi rodzajami show 😊 Niestety albo i stety nie skorzystaliśmy, bo wyglądało to naprawę obleśnie. Panie, które tam stały przed klubem miały może po 15-16 lat! MASAKRA! Nie wiem co kieruje ludźmi, że takie miejsca odwiedzać chyba tylko ciekawość ale i za taką podziękuje! Jeszcze trochę rozeznaliśmy się w terenie, poszliśmy zjeść do jednej z mobilnych knajpek i wróciliśmy do domu. Kiedy wracaliśmy w nocy taksówką do hotelu, nagle zrobił się korek i okazało się, że tuż przed nami zdążył się wypadek samochodowy… Dwójka dzieci, nastolatków jechała skuterem i zderzyli się z samochodem… Widzieliśmy ich z okna auta i powiem Wam, że do tej pory mam ten widok przed oczami, koszmar! ☹ Całą noc nie mogłam spać tak bardzo przeżyłam to zdarzenie☹

Kolejny dzień rozpoczęliśmy po bożemu czyli od śniadania. Już znaliśmy trasę więc sprawnie podjechaliśmy pod świątynie Wat Pha Kheo, jedną z ważniejszych świątyń dla wyznawców buddyzmu. Specjalnie nie odwiedzaliśmy nigdzie wcześniej świątyń, żeby ze zdwojoną mocą poczuć jej klimat. Pierwszym dowodem, że cenią to miejsce była cena biletu, ok. 50 zł od osoby (w przewodniku pisali, że 20zł). Jest tam wiele pięknych świątyń, niektóre w całości pokryte złotem, dużo wymyślnych figurek-strażników, takich jak kombinacje człowieka z orłem czy słonia z lwem. Praktycznie w żadnej świątyni nie można było robić zdjęć, w jednej nawet spróbowaliśmy to od razu strażnik kazał nam przy nim je skasować. Najważniejszym punktem wśród tych świątyń, jest Wat Phra Kaew w której znajduje się mała (ok. 50 cm) szmaragdowa figurka buddy, największa świętość buddystów. Następnie udaliśmy się na teren Wielkiego Pałacu, nie wiele można tam było zobaczyć oprócz kilku zbrojowni i samego budynku oraz parku tuż przed nim. Jedyną komnatą, którą można było tam zobaczyć to sala audiencyjna, w której poprzedni król przyjmował interesantów, był w niej tylko złoty tron, nie taki jak nasz w postaci krzesła, tylko w postaci platformy, całej ze złota z ornamentami, w której siedział po turecku. Następnie przepłynęliśmy na drugą stronę rzeki Menam i stamtąd udaliśmy się do świątyni świtu tzw. Wat Arun a jej pełna nazwa to Wat Arunratchawararam Ratchaworamahavihara. Jest to najważniejsza świątynia i najstarsza wśród zabytków Tajlandii. Najbardziej nam się właśnie ona podobała. Widok z samej góry świątyni był przepiękny. Co było interesujące to to, że ta budowla wykonana była z porcelany. Jak już zwiedzaliśmy prawą stronę to z powrotem przepłynęliśmy na lewą stronę Bangkoku aby udać się do świątyni Wat Po czyli do „leżącego buddy”. Bardzo długa świątynia, w której sobie leży 65 metrowy budda z opartą głową o rękę, oddając się uciechom. W tej samej świątyni jest 108 stalowych naczyń umiejscowionych naokoło posągu, gdzie do każdego powinno się wrzucić po jednej monecie aby przyniosło szczęście. Tak zakończyliśmy zwiedzanie a wieczorem udaliśmy się na spacer po centrum Bangkoku.
Następnego dnia zwiedziliśmy posiadłości Ramy IV. Był to pierwszy król Tajlandii, który wybrał się w odwiedziny do Europy, także po powrocie zainspirowany Europejskim nurtem, wybudował sobie piękną posiadłość w całości wykonaną z drewna. Potem poszliśmy do kolejnego pałacu, w którym były chyba wszystkie prezenty obecnej dynastii jakie sobie kupowali nawzajem. Dostaliśmy nawet elektronicznego przewodnika, ale nie dało się tego słuchać jak przez 30 sekund każdego nagrania trwało wypowiedzenie kto komu, nie pomijając żadnego jakże ważnego tytułu królewskiego😊 Ogólnie pełno złota, wiele rodzajów złotych tronów, złotych siodeł na słonia, fresków ze złota i drewna, obrazów i biżuterii. Jednym słowa złoto, złoto i jeszcze raz złoto. Na koniec postanowiliśmy, że pójdziemy do zoo bo było tuż obok ale było już za późno i nie chcieli nas wpuścić ☹ Także po drodze do hotelu wpadliśmy do bardzo fajnej knajpki, gdzie sami sobie przyrządzaliśmy danie. Zamawiało się produktu a na stole była płyta indukcyjna i przynosili garnek z wodą i potrzebne rzeczy do zrobienia dania. Mega fajna opcja😊 Jak wróciliśmy do hotelu to już było późno i trochę zmęczenie dało o sobie znać, bo w ciągu dnia było 37 stopni co dało się odczuć dość mocno.

Nad rano musieliśmy się spakować i powoli wykwaterować bo to był nasz ostatni dzień w Bangkoku. A żeby jeszcze wykorzystać pół dnia to postanowiliśmy zaszaleć i pojechaliśmy na na weekendowy market Chatuchak, na który przyjeżdżają turyści oraz tubylcy. Tam wydaliśmy resztę Bahtów na zakupy i na obiad. Od razu po powrocie do hotelu, zabraliśmy bagaż i pojechaliśmy metrem bezpośrednio na lotnisko. Wiecie co było fajne, że jak wsiedliśmy do metra to nagle zrobiło się ciemno i zaczęło padać, stwierdziliśmy że to Bangkok już za nami płacze ulewnym deszczem 😉

Cóż na koniec mogę powiedzieć… żal było odjeżdżać. To była nasza najlepsza podróż, tyle poznanych ludzi, nowych miejsc, kultur. Coś niesamowitego! Więc jeśli mój drogi czytelniku, zastanawiasz się nad podróżą do Tajlandii to proszę Cię, nie zastanawiaj się, tylko pakuj plecak i leć 😊 W samolocie powiedzieliśmy sobie, że tam wrócimy na naszą 10 rocznicę ślubu, te same hotele, te same miejsca, ten sam czas i ta sama kolejność. Już nie mogę się doczekać! Być może w międzyczasie polecimy do Tajlandii z naszym dziećmi ale to już raczej w ramach wakacji dwutygodniowych i na to zdecydowanie polecam Phuket lub Krabi. Piękne plaże i idealne warunki dla rodzin z dziećmi.

W kolejnym wpisie o podróżach zapraszam Was do Europy  a konkretnie do naszych czeskich sąsiadów 🙂

Poniżej fotorelacja z Bangkoku

 

 

e.