Nasz podróż do Karpacza i wizyta w hotelu Konradówka

Są takie miejsca do których jeździmy bardzo chętnie. I ja takie mam… nasze polskie góry! O mojej miłości do gór nie raz Wam wspominałam. Teraz kiedy tak ciężko mi znaleźć czas na to aby w nie wyjechać, każda wyprawa daje mi ogromne pokłady energii. Od dziecka jeździłam w góry, czy to w okresie zimowym czy wakacyjnym. Na wycieczki i na wczasy. Dlatego są one mi bardzo bliskie. Jakaż była moja radość, kiedy okazało się że cała nasza rodzinka jedziemy do Karpacza do Hotelu Konradówka Wellness & SPA. Przeglądając ofertę hotelu nie mogłam się doczekać pobytu w nim, ponieważ ma on bardzo bogaty wybór, jeśli chodzi o spędzanie w nim wolnego czasu, min : basen, 3 sauny, 2 jacuzzi, w tym jedno aromatyczne, gabinety SPA, gdzie można się zrelaksować podczas zabiegów na twarz i ciało a także zregenerować podczas masażu i specjalnych kąpieli! Najbardziej zaintrygowały mnie dwie kąpiele: w kozim mleku z płatkami róż i piwna – coś dla niej i dla niego. Idealne dla par!
Nasza podróż zaczęła się w czwartek. Przed godzina 16:00 wyjechaliśmy z Warszawy, cała jazda miała trwać 5 godzin. W planach mieliśmy dwa postoje ale finalnie zrobiliśmy jeden i to 30 min przed KARPACZEM. Cala trasę padało ale to jak… ulewa za ulewa, słaba widoczność. Już chyba sobie wyobrażacie co czułam jadać. Poza tym z dziećmi zawsze są wyzwania podczas takich długich podroży i trzeba wszystko robić aby ich czymś zainteresować, zając bo ciężko im wysiedzieć tyle godzin w aucie. Co nie jest przecież dziwne, bo czasem i dorosłego poślady bolą. Do hotelu dotarliśmy przed 22:00 i już na wstępnie zrobił na mnie duże wrażenie a szczególnie przesympatyczna obsługa hotelu. Kiedy ulokowaliśmy się już w hotelu to dzieci zamiast pójść spać, energicznie hasali po naszym studio. W końcu zasnęli jakoś przed godziną 00:00 a my siedzieliśmy i snuliśmy plany na kolejne dni, co było de facto utrudnione, bo pogoda ciągle była pod znakiem zapytania. Stanęło na tym, że będziemy ją obserwować i w zależności od tego jaka będzie podejmiemy działania. Piątek rano przywitał nas mgłą ale nie zapowiadało się na deszcz, co było dobrym znakiem. Ogarnęliśmy siebie oraz dzieci i zeszliśmy na dół na śniadanko. Śniadanie w hotelu serwowane jest w godzinach 7:30-10:00. Już na samo wspomnienie buzia mi się uśmiecha, bo nawet bardzo wymagający smakosz znalazłby coś dla siebie! Ilość i różnorodność dań- pierwsza klasa. Zjedliśmy i tuż po udaliśmy się na spacer po Karpaczu. Miasto niezwykle mi się podobało, bo nie było dużego tłoku na ulicach a w szczególności na deptaku, ba prawie ludzi nie było. Pomyślałam wow jak super, idealnie dla mnie bo ja nie lubię tłumów (niestety trwało to tylko jeden dzień, bo w sobotę i niedzielę było już bardzo dużo ludzi na mieście) Przeszliśmy sobie cały deptak, potem poszliśmy zobaczyć tamę nad Łomnicą. Piękny widok! Przy tamie było kilka szlaków i ścieżek. Wybraliśmy jedną która po jednej stronie prowadziła wzdłuż głównej ulicy a po drugiej wzdłuż górskiego potoku. Przyjemnie się spacerowało, ja nawet musiałam raz zanurkować bo podczas robienia zdjęć czyt. pozowania z torby wypadły mi do wody błyszczyki, okulary i powerbank. Muszę przyznać- woda była lodowata. Jeszcze tego samego dnia zrobiliśmy rekonesans jak można wjechać na górę aby zacząć wędrówkę na najwyższy szczyt Sudetów a po powrocie do hotelu poszliśmy z dzieciakami na basen. Hania była w basenie po raz pierwszy ale jej radości nie da się opisać to trzeba było zobaczyć. Janek z kolei próbował swoich sił w nauce pływania żabką, ale hmm… spokojnie jeszcze póki co bezskutecznie ale widać, że wie o co chodzi. Powiem Wam, że Janek nawet skorzystał z jacuzzi, co mnie zaskoczyło bo miałam wrażenie, że nie lubi ciepłej wody. Wniosek jaki wyciągnęliśmy z tej części dnia to taki, żeby chodzić z dziećmi częściej na basen. Po naszej rekreacji mieliśmy chwile na wysuszenie się i zaraz poszliśmy na obiado-kolacje, która odbywa się między 17:00-19:00. Już nie będę Wam robić smaka ale dania były serwowane na najwyższym poziomie. Naprawdę wszystko nam smakowało. I każdy by znalazł cos dla siebie! Po kolacji poszliśmy jeszcze z dziećmi do sali zabaw aby tam się chwile wybawiły i w międzyczasie czekaliśmy na przyjazd dziadków. Tego dnia Janek nie miał drzemki więc o godzinie 20:00 dzieci nam już grzecznie spały a my już w pełnym składzie relaksowaliśmy się w naszym salonie, degustując czeskie specjały, których w Karpaczu nie brakowało. Szybko jednak też pokładaliśmy się bo wiedzieliśmy, że czeka nas następnego dnia ciężki dzień, pełen wyzwań.
Zwykle miewam tak że ciężko jest mi wstać z rana z lóżka… ale tego dnia było inaczej. Wstałam niczym skowronek i tylko modliłam się żeby nie padał deszcz bo wtedy nici by były z moich planów. W końcu miałam cel… wejść z dziećmi na szlak górski i zdobyć z nimi ich pierwszy szczyt. Po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę. Jako że była to nasza pierwsza próba osiągniecia szczytu to w trosce o nasze szkraby postanowiliśmy że najpierw wjedziemy na górę Kopa (1200mnpm) a stamtąd pójdziemy pieszo na Śnieżkę (1602mnpm), dobrze że mieliśmy nosidła turystyczne co nam ułatwiło tego dnia cała podróż. Jeśli się zastanawiacie nad takimi nosidłami, to z czystym sercem polecam wam nosidła marki Thule! Lekkie, bezpieczne i wygodne dla dziecka! Podczas tej podroży trochę bałam się reakcji dzieci na górski klimat i ciśnienie ale widać niepotrzebnie, bo zareagowały idealnie i potem troszkę żałowałam że nie wyruszyliśmy wcześnie rano aby przejść cała drogę od podnóża Karpacza do Śnieżki. Jak wjeżdżaliśmy na kopę to mieliśmy przed sobą nisko chmury, mgłę… pomyślałam że nie zobaczymy nic ze Śnieżki w taka pogodę. Po dotarciu na Kopę wszystko się zmieniło… słonce, ciepła pogoda, piękne widoki po prostu WOW! Już wtedy byłam przeszczęśliwa. Swoja drogą ciekawe jest to jak pogoda wpływa na nastrój człowieka. Z Kopy doszliśmy do schroniska Dom śląski, tam na chwilę przysiedliśmy i nakarmiłam Hanie a po ruszyliśmy w górę na Śnieżkę. Janek wchodził na plecach taty a Hania na plecach dziadka. Kiedy tak maszerowaliśmy to spotkaliśmy się z bardzo miłą reakcją osób które nas mijały, niektórzy nam klaskali i gratulowali odwagi, że tak z dziećmi wchodzimy do góry. Wiecie co wtedy człowiek czuje… duma razy tysiąc. Nawet teraz kiedy pisze ten post towarzyszą mi te uczucia! Całą trasę słonce mocno na nas świeciło, także byliśmy nieźle zgrzani. Na szczycie doznaliśmy uczucia ulgi że to już i szczęścia że się udało! Taka mała wielka rzecz a cieszy! Odpoczęliśmy, pochodziliśmy po śnieżce i ruszyliśmy na dół bo pogoda się załamała i się zachmurzyło a nawet zaczęło grzmieć. Wszyscy jak jeden maż wstali i ruszyli. Droga powrotna nie była już taka spektakularna ale również była piękna, chociaż trochę chmury przesłoniły nam góry i drogę. Powoli zeszliśmy na dół i już przy Kopie znowu zaczęło świecić słonce. Jak zjechaliśmy na dół do Karpacza to czekała na nas piękna słoneczna pogoda. Byliśmy tak głodni, że poszliśmy posmakować górskiej kwaśnicy i powędrowaliśmy do hotelu. Szybko się przebraliśmy i poszliśmy się relaksować na basen i sauny. Taki relaks po całym dniu to jak miód na uszy. Po sytej kolacji padliśmy wszyscy, bez wyjątku. Zmęczenie dało o sobie znać ale warto było! W końcu to był nasz dzień!
W niedziele rano po śniadaniu miałam czas dla siebie. Czekał na mnie relaks w SPA! Na pierwszy rzut zabieg na twarz….. i tutaj zacytuje Janice z serialu Przyjaciele: oh-my-god! CUDOWNIE!
Pierwszy raz w życiu byłam na takim relaksującym zabiegu. Pani która mi go wykonywała miała złote ręce, dosłownie! Mogłabym tak częściej! Po zabiegu był czas na masaż!
To był nasz ostatni dzień w Karpaczu, więc chciałam go również na maksa wykorzystać, dlatego zarządziłam wyprawę do kościoła Wang. Jest to ewangelicko- augsburski kościół w Karpaczu, który został przeniesiony w 1842 z miejscowości Vang, leżącej w Norwegii. Stąd jego nazwa. Droga jaka wybraliśmy nie należała do najłatwiejszych, niby nadawała się na podróż wózkiem ale hmm… w praktyce to nie było takie łatwe. Ale dotarliśmy, Janek nawet ostatnie 500m szedł sam na nóżkach i to pod górę, cały czas! Chciałam go wziąć na rękę ale nie chciał! Znowu duma razy milion! Moj mały mężczyzna. Po dotarciu do świątyni zwiedziliśmy ją dookoła i potem w środku. Zanim się obejrzeliśmy to była już pora na to aby wracać już do hotelu. Tym razem nasza droga była łatwiejsza, bo nie dość że z górki to jeszcze drogą asfaltową przy głównej drodze! W trakcie powrotu trochę smutno mi było że musimy wyjeżdżać… naprawdę mi dobrze było w tym Karpaczu w Konradówce! Najlepszy hotel na przyjazd w góry z dziećmi! Jeszcze tyle miejsc tam zostało nam do zwiedzania, że nie powiedziałam do widzenia tylko do zobaczenia! Jeszcze do Was wrócę!

Poniżej zamieszczam Wam fotorelacje 🙂

ENJOY <3

 

I love my Polish mountains!

  • Jejku, ale miło poczytać i popatrzeć 😍😍😍.
    Mieszkam pół godziny od Karpacza i zawsze chętnie czytam opinie innych o tym miejscu 😋.
    Uwielbiam Karpacz. Zakochałam się w nim, kiedy miałam okazję pracować w pewnej rezydencji . Mega wspominam te czasy, zwłaszcza że wtedy tam mieszkałam i wszystko miałam „pod nosem” .
    Teraz niby mam niedaleko, ale czas ciężko znaleźć !;))
    Cieszę się, że się podobało!

    • Karpacz piękny, napewno tam jeszcze wrócimy w przyszłym roku i na dłużej😁

  • Agata Bąk

    Widać, że wyjazd Wam się udał! Super! Ja również bardzo lubię nasze polskie góry a szczególnie Tatry 😀

    • Dzieki! Naprawde polecam bo hotel i okolice idealne👌🏼🙂

  • Paulina Pudło

    Na zdjęciach można zauważyć, że bawiliście się wspaniale!

  • Szaman Shamansky

    Suoer wycieczka
    #zazdrość