Deszczowe Ko Samui

… wczesnym rankiem zjedliśmy śniadanie i czekaliśmy na transport, który podwiózł nas na dworzec autobusowy a stamtąd udaliśmy się do miasta Surat Thani. Po dotarciu na miejsce dostaliśmy kolejne bilety na bus do Don Sak i prom, który już docelowo nas zabrał na wyspę Ko Samui. Podróż promem trwała 1,5h więc nie było aż tak źle. Po dotarciu do portu wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hotelu przy plaży Lamai, jednak jak się okazało w rzeczywistości to kawałek do niej było. Nasz hotel nazywał się Royal Cottage Residence i był prowadzony przez parę Czechów 😊 Także jak dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski to bardzo się ucieszyli jakbyśmy byli ich rodakami😊 W pokoju szybko się rozpakowaliśmy i zanieśliśmy rzeczy do prania (a sporo tego było po Khao Sok) a potem jak to w zwyczaju mieliśmy udaliśmy się na spacer po okolicy. Ogólnie uderzył nas dość duży natłok ludzi, samochodów, skuterów, budynków (może po dwóch dniach w dżungli, tak się nam tylko wydawało) oraz trudny dostęp do plaży, gdyż hotele dość szczelnie pobudowały się wzdłuż wybrzeża i ciężko było znaleźć coś dla siebie. Wieczorem nawet udało nam się zgubić bo wszystkie budynki były bardzo do siebie podobne a uliczki zlewały się nam w jedną. Metodą prób i błędów w końcu udało nam się trafić do naszego hotelu. Następnego dnia o 8:00 zjedliśmy śniadanie a tuż po nim poszliśmy wynająć skuter. Wypożyczyliśmy sobie Hondę Click, dostaliśmy dwa kaski i po śniadaniu postanowiliśmy pobuszować po Ko Samui. Całą wyspę można przejechać na około wzdłuż wybrzeża😊 Pierwszym naszym celembył posąg Wielkiego Buddy, trasa prowadziła przez najbardziej zatłoczone ulice wyspy. Początkowo się stresowaliśmy ale po kilkunastu minutach było już fajnie. Szczególnie, że to nasze pierwsze zetknięcie ze skuterem. Będąc już na miejscu nie odczuliśmy jakiegoś większego zachwytu. Posąg był naprawdę duży ale już w Krabi widzieliśmy podobny więc ten nie wywarł na nas jakiegoś „wielkiego” wrażenia aczkolwiek wszystko ładnie wyglądało. Pomnik Buddy usytuowany był na szczycie wzniesienia do którego prowadziły dość strome schody wyłożone białymi, gładkimi płytkami. Oczywiście trzeba chodzić na boso po ichniejszych świątyniach. Długo tam nie byliśmy, ponieważ zaczął delikatnie kropić deszczyk więc trzeba było schodzić na dół. No i schody zamieniły się w lodowisko. Zrobiło się tak ślisko, że mój mąż ledwo zdążył do mnie powiedzieć: „Ewunia, trzymaj się barierki bo ślisko” i fruu… poleciał do przodu! Trochę mi strachu napędził ale szczęście w nieszczęściu, że dość mocno się trzymał barierki i nic się nie stało tylko rękę sobie nieźle starł. Na dole schodów czekał już na nas mnich, który widział całe zdarzenie i swoimi specjalnymi środkami zdezynfekował Witkowi rękę. Następnym punktem miało być plażowanie na plaży Chawang, jednak nie udało się nam na nią dostać (hotel na hotelu) i zadowoliliśmy się punktem widokowym, na którym chwile sobie posiedzieliśmy i porobiliśmy zdjęcia. Następnie wróciliśmy do naszej dzielnicy i trafiliśmy do bardzo fajnej (i taniej) knajpki, w której najedliśmy się do syta. Knajpka jak wszystkie w Tajlandii znajdowała się przy ulicy/na ulicy a właścicielka podchodziła do każdego i rozmawiała. Pytała skąd jesteśmy, czy nam się podoba tutaj u nich a na koniec dała nam owoce całkowicie za darmo😊 Nie trzeba chyba mówić, że ta knajpka to był obowiązkowy punkt każdego dnia jaki spędzaliśmy w Ko Samui i nie ze względu na owoce ale na atmosferę jaka tam panowała. Potem poplażowaliśmy na Lamai, a przy okazji się przespaliśmy na plaży. Na razie plaża świeci pustkami bo wiadomo poza sezonem było. Po południu pojechaliśmy obejrzeć sławne skały „Babcia” i „Dziadek”, są to skały w kształcie narządów płciowych w bardzo bliskiej odległości, jednak naszego zachwytu nie wzbudziły i szybko udaliśmy się w kierunku wodospadu. Myśleliśmy, że sobie sami tam pojedziemy, jednak okazało się, że jest to teren Parku Rozrywki & Safari. Podjazd ok. 1 km do Safari to koszt ok. 10 zł za osobę, oczywiście poszliśmy piechotą. Ku naszym oczom ukazał się ładny 80-cio metrowy wodospad, który zrobił na nas wrażenie. Spędziliśmy tam dłuższą chwilę siedząc i ciesząc się otaczającą nas przyrodą. Potem jeszcze chcieliśmy podjechać do portu, zorientować się jakie są opcje transferu do Ko Tao (bo to był nasz kolejny kierunek podróży) i od razu mieliśmy udać się do hotelu bo nie chcieliśmy wracać po ciemku skuterem przez całe miasto. Jednak przy porcie coś nas zatrzymało a mianowicie… o zmroku zaczęły się pojawiać mini kuchnie, zamocowane na skuterach z wszelakimi tajlandzkimi i nie tylko przysmakami. Zostaliśmy tam, najedliśmy się tak że aż pękaliśmy a i tak wszystkiego co byśmy chcieli nie spróbowaliśmy. Jadłam tam najpyszniejsze lody kokosowe ever!!! Podawane były w skorupce kokosa i nim posypane w otoczeniu polewy czekoladowej…. PYCHA! W końcu wróciliśmy do hotelu tym razem bez większych przygód. Następnego dnia rano, zjedliśmy śniadanie i stwierdziliśmy, że do obiadu poleżymy sobie na leżakach przy basenie i sobie porządnie odpoczniemy. Po parunastu minutach zaczęło kropić, mieliśmy parasol przy basenie więc się nie przejmowaliśmy, jednak chwilę po tym rozpoczęła się ostra ulewa, która trwała już do późnego południa. Drogi zamieniły się w rzeki, a woda sięgała kilka centymetrów powyżej kostek. Po południu już przestało padać więc wsiedliśmy na skuter i jazda w miasto. Woda tak zalała drogi, że w niektórych miejscach trzeba było podnosić nogi, żeby nie zamoczyć butów. W trakcie tej wycieczki po raz kolejny zaczęło padać dość intensywnie więc musieliśmy uciekać i schowaliśmy się w…. galerii handlowej a że deszcz nie przechodził to pochodziliśmy sobie po sklepach😊 Wieczorem jak wróciliśmy to poszliśmy na kolację do zaprzyjaźnionej knajpki, krótki spacer i lulu. Prognoza pogody na najbliższe dwa dni zapowiadała się podobna, deszcze i ulewy ( tak jest często na Ko Samui – kto był ten wie) więc stwierdziliśmy, że trzeba się następnego dnia zebrać i kierować się na wyspę Ko Tao – wyspę żółwia, oaza spokoju i raj dla nurków!

 

Poniżej zaledwie kilka fotek z krótkiego pobytu na Ko Samui

 

 

e.