Park Narodowy Khao Sok

…ta podróż zaczęła się od porządnej dawki adrenaliny. Droga, którą jechaliśmy do Khao Sok była wybitnie kręta, na zboczach pasm górskich. Kierowcy chyba się śpieszyło bo nie oszczędzał na prędkości. Kiedy zbliżaliśmy się do zakrętów, których tam de facto nie brakowało to mieliśmy ściśnięte gardła. Po prawej stronie wzdłuż całej trasy skała a po lewej stronie strome zbocza, które w dodatku nie były osłonięte barierkami!!! W końcu dotarliśmy do naszego ośrodka „Baan Khao Sok Resort” znajdujący się w samym Parku Narodowym. Położony w środku dżungli, a jego teren otoczony zadbanym ogrodem. Ośrodek ma do dyspozycji bungalowy i domki na drzewie. My wybraliśmy tańszą opcje – bungalowy. Ściany domków wykonane były z prasowanego bambusa ułożonego w plecionkę. Drzwi nie robione na wymiar, sporo szpar, niektóre ponad 10 cm, ale nieszczelności nas nie przerażały. Plan był taki, że od razu chcieliśmy się udać na rekonesans okolicy, jednak rozpadał się deszcz (co jest tutaj normą) więc spokojnie wypiliśmy herbatę w restauracji, która znajdowała się na terenie ośrodka i z właścicielami ustaliliśmy plan na następny dzień, który okazało się jest dość napięty. Wiecie co było cudowne? To, że byliśmy tam My oraz czwórka innych turystów z czego dwójka wyjeżdżała już następnego dnia, więc zostało Nas czworo. Jak się okazało jeden z turystów był już w tym ośrodku 8 raz! Jego rodzicie z nim przyjeżdżali jak był mały i tak mu się spodobało, że co rok odwiedza to miejsce ze znajomymi. Nie dziwie się, bo właściciele to złoci ludzi . Jeśli chodzi o otoczenie to zapiera dech. Przy restauracji płynie dość wartka rzeka o błękitnym kolorze w którą podczas deszcze patrzyliśmy bez końca, kiedy to nagle po drugiej stronie rzeki zobaczyliśmy wędrującą małpkę, potem drugą, trzecią… była to grupa ok. 20 małych małpek, które pod swoje potrzeby przejęły sąsiedniemu resortowi dość duży domek na drzewie 😊 Także, małpki się zadomowiły w domku na drzewie😊 Kiedy już przestało padać, poszliśmy na szybki spacer. Widać, że Khao Sok to miejsce przygotowane pod turystów, sporo restauracji ale niestety wszystkie puste ponieważ koniec września / początek października to w Tajlandii niski sezon. Okolica bardzo nam się podobała a otaczające je drzewa i bujna roślinność zapierała dech w piersiach. Niestety nie mogliśmy się nacieszyć nią dłużej, bo o 18:30 już jest ciemno, więc wróciliśmy do naszego ośrodka, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać… spać to dużo powiedziane przynajmniej w moim wykonaniu. Pomimo tego, że łózko było okryte moskitierą to i tak miałam wrażenie, że coś po mnie chodzi, skaczę przy łóżku. Mało tego całą noc rechotały żaby, które się znajdowały na terenie całego obiektu i wydzielały jakiś dziwny zapach, który wpadał do naszego bungalowu. Na początku było to dla mnie bardzo męczące ale pomyślałam, że z takim podejściem to nie zasnę, nie odpocznę i będę mieć tylko zły humor nad ranem więc przestawiłam tok myślenia no bo przecież…. AHOJ PRZYGODO 😊
O 7:00 rano przyjechało po nas terenowe auto i udaliśmy się trekking na słoniach, widzieliśmy jak to wygląda w Krabi więc się nie baliśmy ale tutaj to całkiem inna bajka, bez porównania. Nasz trekking miał wszystko, przejścia przez błota które było tak głębokie że sięgało do kolan słonia, następnie rwące strumyki rzeki, wejścia/zejścia pod strome zbocza, naprawdę spora dawka adrenaliny! Ja to już po kilku minutach chciałam zejść bo dość mocno to przeżyłam a cały spacer trwał ponad godzinę! Jak zeszłam ze słonia to nogi mi się uginały i trzęsły… nigdy więcej! Po powrocie do ośrodka zjedliśmy śniadanie, które już na Nas czekało – właścicielka/gospodyni przygotowała je nam całkowicie za darmo (mówiłam, że to złoci ludzie) Po tym, właściciel zabrał nas na obiecaną wczoraj wycieczkę, na spacer po parku narodowym. Wsiedliśmy do jego auta i pojechaliśmy do portu gdzie czekała na Nas łódź. Żeby było jasne na tą wyprawę wybrali się z nami pozostali dwaj turyści o których wspominałam wyżej. (Jeden anglik a drugi włoch, obaj przeprowadzili się do Tajlandii, tutaj poznali się w pracy. Pracują w jakiejś firmie informatycznej w Surat Thani).  No to zaczynamy naszą niezapomnianą wycieczkę. Przemierzaliśmy olbrzymie jezioro Khao Sok, otoczone masami skalnymi, tak jakby człowiek nigdy nie miał się tu dostać, zupełnie dziewicze miejsce. Głębokość jeziora osiąga ponad 45 metrów w zależności od pory (deszczowa/sucha), woda nieskazitelnie czysta i cieplutka, pierwszym przystankiem było pływanie przy pionowych skałach, no i próba wspinaczki, a potem skok do wody. Ja sobie tę część odpuściłam, ale panowie chętnie spróbowali swoich sił. Skały były dość ostre i troszkę  się pokaleczyli ale podobno było warto😊 Skakali do wody z wysokości ok. 6 m, więc mieli niezłą frajdę. Następnie udaliśmy się w poszukiwaniu małp, przy poszukiwaniach warto wiedzieć kiedy dojrzewają poszczególne owoce na drzewach, (drzewa rosną na pionowych masach skalnych) bo tam gdzie owoce to tam są małpy. Nasz przewodnik, którym był sam właściciel naszego ośrodka spisał się w tym doskonale. Zresztą całą wycieczkę tak nam zaplanował, że nie można było się przyczepić a jego opowieści i wiedza naprawdę imponowały. Następnie popłynęliśmy do Raft House (domki na wodzie), malutki kompleks wypoczynkowy na dość prowizorycznie wykonanej platformie z drewnianych bali i desek z małymi bungalowami i restauracją. Tu zjedliśmy lunch i zostaliśmy poczęstowani tajskimi słodyczami i owocami.
Kolejnym punktem miał być obiecany „spacer” po parku, który okazał się totalną dżunglą 😊 Właścicielka naszego ośrodka doradziła nam, żeby wziąć na tą część wygodne trekkingowe buty, drugi komplet ubrań i latarkę. Nie było to podejrzliwe, dlatego, że przecież znajdowaliśmy się w miejscu gdzie praktycznie non stop pada deszcz i drugi komplet ubrań był jak najbardziej na miejscu. Natomiast zastanawiające było to, że podczas lunchu nasz przewodnik poprosił Nas o to abyśmy zostawili wszystkie swoje rzeczy w restauracji i rozdał nam małe plecaki wodoszczelne. Ja miałam już pewne wątpliwości czy oby na pewno będzie to tylko „spacer po parku”. Mając wszystko przygotowane ruszyliśmy dalej. Aby dostać się na ścieżkę musieliśmy kawałek jeszcze podpłynąć łódką. Woda, która wcześniej była piękna przestała już być taka zachęcająca, zaczęła pojawiać się roślinność wystająca ponad taflę wody, pojawiały się wszelkiego rodzaju insekty a woda stała się brunatna. Nagle nasz przewodnik oznajmił, że tu zaczynamy. Powiedziałam: „Coooooo?” Na naszym twarzach pojawił się grymas zwątpienia, ale przecież samie nie będziemy tutaj czekać, więc wskoczyliśmy w wodę po pas i szliśmy do brzegu. Wychodząc z tej okropnej wody, miałam wszystko na swoich nogach, począwszy od mrówek. Ale kilka metrów dalej w lesie pojawił się potok, więc wskoczyłam i się w nim umyłam. Stwierdziłam, że skoro to wytrzymałam  to dalej będzie już tylko lepiej😊 Szłam tuż za przewodnikiem, który pokazywał mi co jakiś czas piękne kwiaty, zazwyczaj trujące jak się okazało lub jaszczurki i pająki!!! A najlepsze jest to, że namawiał mnie, żebym je pogłaskała! Ale niestety nie dałam się namówić. Cała nasza wyprawa to nie był zwyczajny „spacer”. Szliśmy raz po lądzie, raz po błocie, raz przez wartki strumyk po kostki a raz po pas, pod górkę i z górki przez dżunglę, pokonując powalone konary drzew. Po kilku kilometrach doszliśmy do jaskini. Okazało się, że przepływa przez nią dość rwący strumień, w jednym miejscy woda jest na tyle głęboka, że trzeba przepłynąć, dodam, że w środku panowały egipskie ciemności. Tu miałam kolejną chwilę zwątpienia… W środku było niesamowicie, całe ukształtowanie jaskini wyżłobione było przez wodę, stalagmity, stalaktyty. Przemierzając jaskinie, trzeba było dość mocno się trzymać pobliskich skał, ponieważ strumień wody był naprawdę silny. W miejscu, gdzie mieliśmy przepłynąć kawałek na szczęście mojego męża nie kryło (194cm) także mogł spokojnie i bezpiecznie przenieść mnie na drugą stronę😊 W drodze powrotnej usłyszeliśmy, że idzie kolejna grupa więc schowaliśmy się za jedną ze skał i czekaliśmy na nich. W momencie gdy byli na naszej wysokości, wyskoczyliśmy zza skały i ich zdrowo nastraszyliśmy. Potem tą samą trasą wróciliśmy do łodzi, a stamtąd do Raft Hause, gdzie mieliśmy chwilę na przebranie się i odpoczynek. Cała ta wyprawa to było naprawdę super przeżycie! 😊 Tuż przed zmrokiem byliśmy z powrotem w ośrodku i zauważyliśmy, że w głównym holu stał ołtarz z owoców a na nim kadzidełka, okazało, że to ostania noc festiwalu wegetariańskiego i z tej okazji gospodarze zaprosili nas na kolację gdzie przygotowano nam: zupę z zielonego curry i ryżem oraz wybitnego kurczaka z grilla, dawno tak dobrego nie jedliśmy – podobno to specjalność naszego właściciela i przewodnika w jednym. Po uczcie chwilę posiedzieliśmy i poszliśmy do pokoju. Gdy już szykowaliśmy się do snu, nagle zaczęła rozbrzmiewać rytualna muzyka i było słychać nadjeżdżające samochody. Okazało się, że to była procesja! Grupa ludzi podczas tego święta odwiedza wszystkie rodziny zwiastując im szczęścia a odjeżdżając rozrzucili cały szereg petard i fajerwerków. Bardzo się cieszyliśmy, że mogliśmy być tego świadkami.

Kolejnego dnia opuszczaliśmy już Khao Sok i ruszyliśmy w kierunku 3 wysp….

 

Poniżej fotorelacja

ENJOY :*