POZNAJCIE KRABI

… Krabi. Jeszcze podczas podróży statkiem z Phi Phi Island do Krabi pewien taj zaproponował nam taksówkę do naszego hostelu. Od razu się zdecydowaliśmy bo po pierwsze cena była bardzo dobra a po drugie chcieliśmy ominąć syndrom „nowego miejsca” i nie tracić czasu na szukanie transportu. Nasz pobyt zarezerwowaliśmy w Guesthuasie „Chandee” w Ao Nang (dzielnica Krabi), 400 m od plaży i w bardzo rozsądnej cenie. Po dopłynięciu do portu w Krabi czekał na nas kierowca,  który oczywiście ni w ząb nie rozumiał angielskiego (jak prawie każdy taj) ale byliśmy pewni, że jeśli damy mu  kartkę z adresem i nazwę obiektu, to nie będzie problemu z tym aby nas zawiózł na miejsce. No i tutaj się przeliczyliśmy… Próbowaliśmy nawet na migi się dogadać z kierowcą ale to też nie dawało rady, w końcu się zatrzymał przy plaży i podszedł do innego taja z kartką aby mu pokazać czego szuka… coś tam sobie tłumaczyli i w końcu nas zabrał pod właściwy adres. Co się okazało cztery razy!!! przejeżdżaliśmy koło naszego hostelu! Jak już dotarliśmy do naszego pokoju, to szybko się rozpakowaliśmy, odświeżyliśmy i fruuu na zwiedzanie nowego miejsca 🙂 Bardzo nam się podobało Ao Nang, nawet mieliśmy wrażenie, że lepiej się tu czujemy niż na Phuket. Jest tam zdecydowanie spokojniej, niczego nie brakuje i wszystko jest pod ręką. Wieczór spędziliśmy na plaży przy zachodzie słońca – najpiękniejszy zachód jaki kiedykolwiek widziałam. Kiedy już wracaliśmy do guesthouse’u zobaczyliśmy po drugiej stronie ulicy kobiety, które były ubrane jak księżniczki. Przepiękne stroje, ładne fryzury, ja chciałam sobie zrobić z nimi zdjęcie więc podeszliśmy. Oczywiście okazało się, że za wspólne zdjęcie trzeba było zapłacić… 1000 bht czyli 100 pln. <szok> także udało nam się tylko z oddali zrobić im zdjęcie. Jeszcze w międzyczasie wręczyły nam zaproszenie na swój występ, który miał się odbyć tego wieczoru 🙂 WOW ale super, sobie pomyślałam, coś w stylu Disneya pewnie będzie!  Ale mój mąż jak zwykle w takich sytuacjach odmówił… trochę byłam zła na niego ale kiedy jedna z „księżniczek” podeszła do niego, złapała go za rękę i swoim „słodko-męskim” głosem zaprosiła na ich „show” z trudem powstrzymywałam się od śmiechu. Okazało się, że to pokaz TRANSWETYTÓW. Mój mąż skwitował to tak: No powiem Ci, że naprawdę można się pomylić! 🙂

Nad ranem o 8:30 miał po nas przyjechać bus którym mieliśmy jechać na wycieczkę, oczywiście żeby nie było nudno to 8:45 i jeszcze go nie było, więc zadzwoniliśmy do firmy turystycznej i okazało się, że prawdopodobnie by o nas zapomnieli jakbyśmy nie zadzwonili 🙂 Także, tuż przed 9:00 był już bus i udaliśmy się do pierwszego punktu wycieczki – Hot Spring Waterfall. Jest to wodospad, który wyżłobił piękne naturalne kamienne wanny obrośnięte mchem (bardzo przyjemne), w których można błogo odpoczywać i relaksować się. Wszystko wydawało by się dość normalne, gdyby nie fakt, że były to gorące źródła, a woda była na tyle ciepła, że już po 5 minutach pot zlewał się z czoła. Po takiej relaksującej kąpieli, udaliśmy się do Szmaragdowego Jeziora tzw. Emerald Pool. Mieliśmy tam do wyboru dwie drogi, krótszą i dłuższą (0,8 i 1,4 km) wybraliśmy tą dłuższą bo liczyliśmy, że będzie ciekawsza i tak było. Roślinność była niesamowita, droga do jeziorka wiedzie przez las deszczowy, wśród cykających cykad – wrażenia bezcenne! Mijaliśmy bardzo wiele egzotycznych gatunków drzew. Gdy już doszliśmy do Szmaragdowego Jeziora, słynącego z nieziemskiej barwy, trochę się rozczarowaliśmy, już nawet opracowaliśmy teorię, że gdy już widziało się Maya Bay(niebiańską plażę) to już wszystko inne tak nie zachwyca. Barwa jeziora całkiem ładna ale bez polotu. Popływaliśmy chwilę i zobaczyliśmy, że jest ścieżka, która prowadzi dalej. Bez namysłu podążyliśmy nią i trafiliśmy na drogowskaz, który prowadził do miejsca zwanego „Blue Pool”. Ciekawe było to, że bardzo mało osób tu szło, z naszej grupy tylko my i naprawdę było warto, kolor niepowtarzalny, jak malowany. Niestety lub stety nie można było tu pływać. Ciekawostką było, że jak się klaskało to spod zatopionych konarów drzew wydostawały się pęcherzyki powietrza, które w błękitnej wodzie wyglądały zjawiskowo. Byliśmy bardzo zachwyceni tą wycieczką. Kolejna atrakcja jaka na Nas czekała to jaskinia tygrysa. W międzyczasie zjedliśmy obiad w bardzo pięknym otoczeniu, gdzie na „wolnym wybiegu” chodziły sobie słonie. Udając się do miejsca zwanego tiger cave, zobaczyliśmy, że wszędzie jest dużo kolorowych dekoracji a tajowie chodzą ubrani na biało. Okazało się, że trafiliśmy tu w okresie festiwalu wegetariańskiego czyli tajska odmiana Wielkanocy.  Jaskinia tygrysa była zaadaptowana pod dwupiętrową świątynie, gdzie mnisi odprawiają swoje modły. Po każdej świątyni trzeba chodzić na boso. Za mały datek jeden z żyjących tu mnichów może zawiązać rytualny sznurek, który przynosi szczęście i aby zaczął on działać wystarczy wspiąć się po 1276 schodach na szczyt góry ponad jaskinią (podpowiem, że najwyższa latarnia morska ma ok. 300 schodów). My w żadne rytuały się nie bawiliśmy ale na szczyt góry postanowiliśmy wejść. Schody prowadzące na sam szczyt były bardzo strome i niektóre spokojnie miały blisko 50 cm wysokości! Do 300 stopnia towarzyszyła nam grupa małp, które były bardzo ciekawskie i trzeba było uważać, żeby czegoś nie podwędziły. Jeden z turystów stracił kapelusz, a drugi w momencie, gdy się śmiał z pierwszego, stracił wodę –  a masz, hehe 🙂  Przy 400 schodku dopadł nas kryzys i mało brakowało abyśmy odpuścili jednak zebraliśmy się w sobie ( ja zmieniłam buty z japonek na asics-y 🙂 szkoda, że szpilek nie miałam 😉 ) i z kilkoma przystankami dotarliśmy na szczyt. Na górze był (największy jak do tej pory) złoty posąg medytującego Buddy. Kilku mnichów uprawiało modły z turystami, my porobiliśmy sobie kilka fotek, bo na tej wysokości widać było całą okolicę. Gdy zeszliśmy na dół,  pewna kobieta (może kapłanka) ogolona na łyso w białym stroju (strój obowiązujący podczas świąt), dała nam prażony ryż, żebyśmy pokarmili sobie małpki.

Jak się im daje jedzenie to całkiem kulturalnie się zachowują 😊 To był koniec naszej wycieczki. Po tak udanym dniu poszliśmy na kolację na ulicy- dosłownie na ulicy. Tajlandia ma to do siebie, że większość „knajpek” jest na ulicy. Tajowie rozstawiają takie kuchnie na wózkach i tam gotują. W tej akurat było bardzo dużo ludzi, zarówno turystów jak i tubylców. Dlatego zdecydowaliśmy się popróbować ich dobrodziejstwa. Zamówiliśmy sobie grillowane kraby i grillowane małże, krewetki (które są tam megaaaa tanie a świeże!!!)  i standardowo zupę z zielonego curry, żebyśmy najedzeni mogli spokojnie pójść spać😊 Totalny foodporn!

Kolejnego dnia już punktualnie 😊 przyjechał po nas bus, który zabrał nas na longboata czyli drewniana długa łódź, którym wybraliśmy się na zwiedzanie pobliskich wysepek. Zwiedziliśmy min. wyspę Ko Tap, a następnie wyspę Ko Kai zwaną wyspą kurczaka ze względu na ukształtowanie skał na niej. Kolejnym przystankiem była wyspa Ko Poda, na której w formie pikniku mieliśmy podany lunch. Po posiłku zaczęliśmy odkrywać uroki wyspy i wiecie co… naprawdę może konkurować z plażą Maya Bay na wyspie Phi Phi! Jest cicho i spokojnie a pobliskie wysepki dodają uroku, chciałoby się tam dłużej zostać. Ostatnim punktem była plaża Railay, ciekawostką jest to, że to jest na tym samym wybrzeżu co plaże Krabi i Ao Nang, jednak drogą lądową nie można tam się dostać, jedynie łodzią. Niestety zostało to już wykupione i powstał tam luksusowy hotel, przez co wnętrze wybrzeża otulonego masami skalnymi i bujną roślinnością nie można zwiedzać, pilnują tego prywatni ochroniarze. Zostało nam jedynie powylegiwać się na plaży i cieszyć widokiem. Po powrocie do Ao Nang, wieczorem nakupowaliśmy sobie smakołyków (czytaj CHANG – ich lokalne piwo ) i na plaży po raz kolejny cieszyliśmy się zachodem słońca a następnie po zmroku muzyką na żywo z pobliskiej restauracji. Romantycznie…? I TO JAK! 😊

O 10:30 dnia następnego przyjechał po Nas bus który miał nas zabrać do miejsca, gdzie jest najstarszy las deszczowy na świecie a wśród wód ogromnego jeziora znajduje się kraina skalnych ostańców…

 

cdn 😉