Na wyspie Phuket

To chyba ostatni mój wpis przed rozwiązaniem, kolejne zapewne pojawią się już po mojej rekonwalescencji. Za namową znajomych chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami po naszej pierwszej dalekiej podróży ( tzw. honeymoon :)) po Tajlandii. Całą naszą podróż spisaliśmy w formie „pamiętnika” – nawet nie zdawaliśmy sobie z tego sprawę, że będzie to służyło naszym znajomym jako przewodnik po Tajlandii:) Nasza podróż składała się z kilku punktów, pierwszy to wyspa Phuket i to od niej zacznę.

Na wakacje, pomimo różnych opinii udaliśmy się pod koniec września gdzie podobno był to czas pory deszczowej w Tajlandii. Niestety my tego nie odczuliśmy na miejscu, bo będąc tam 24 dni, zaledwie trafiliśmy na 1 dzień gdzie cały czas padało, a 4 dni to były przelotne opady i to jeszcze się nam trafiały one w dni transferowe, także nie psuło nam to żadnych planów 🙂

Lecieliśmy linią Qatar Airways z Warszawy do Doha, lot trwał ponad 5 h i przyznam, że wyszliśmy z niego dość zmęczeni, ponieważ była możliwość oglądania filmów, które dopiero co były w  kinach, więc nawet się nie przespaliśmy:/ Doha zrobiło na Nas olbrzymie wrażenie, z okien samolotu miasto praktycznie nie miało końca i zlewało się z horyzontem, a lotnisko… olbrzymie! Jest podział na strefy od A do F, a każda ze stref spokojnie większa od całego naszego lotniska na Okęciu. Niby mieliśmy 1,5h przesiadkę, ale naprawdę lotnisko było tak duże, że ledwo dotarliśmy do gate’u, z którego mieliśmy dalszą podróż. Ja byłam trochę przerażona, kiedy się dowiedziałam, że lecimy najpierw do Kuala Lumpur, a dopiero potem wracamy na Phuket. Dlaczego? Bo to był ten czas kiedy zaginał malezyjski samolot i wiecie wyobraźnia zrobiła swoje więc stres miałam cały lot :/ Ten lot już trwał ok. 7h, a to własnie ze względu, na to że najpierw leciał do Malezji, a potem wracał do Tajlandii. Najlepsze jest to, że w takich lepszych liniach lotniczych na długich trasach przez cały lot nie brakowało Nam niczego, mieliśmy ciepłe posiłki (jeden na każdej trasie czyli w sumie 3), ciepłe i zimne napoje, ile tylko dusza zapragnie. W końcu dotarliśmy na Phuket, gdzie z lotniska mieliśmy bus transferowy do Phuket Town, jednak spore korki sprawiły, że ostatni bus do Rawai (prowincji Phuket) nam uciekł, więc trzeba było coś wykombinować. Z dwoma taksówkarzami próbowaliśmy się targować, jednak nie zeszli nam nawet o Baht (10Baht = 1 PLN), więc żeby nie dźwigać plecaków zgodziliśmy się na przewóz za 500Baht-ów;) Przez te 15-20 min szukania taxi, Phuket Town dał się nam we znaki – zapachy połączone z duchotą, gorącem sprawiły, że byliśmy trochę zawiedzeni otoczeniem. Na szczęście nasze rozczarowanie szybko minęło, kiedy dotarliśmy do hotelu Rawai Palm Beach Resort…. BAJKA. Pokój marzeń, chociaż po wejściu do pokoju trochę się zdziwiliśmy, bo pierwsze co zobaczyliśmy, to wolno stojąca wanna! Nie mieliśmy za dużo czasu na zwiedzanie, bo przed 19 w Tajlandii już jest ciemno. Także, szybki prysznic i wyskoczyliśmy na pobliską plaże (która mieściła się naprzeciwko naszego hotelu) w poszukiwaniu lokalnej restauracji. Bardzo Nas urzekło jedno miejsce, które widać było prowadzone przez rodzinę, co nie dziwne, gdyż region z tego słynie. Ja oczywiście pierwsze co to zamówiłam sobie krewetki w sosie słodko-kwaśnym (najlepszy sos jaki jadłam, nie taki mdły jak w Polsce), a mój mąż, ryż ze smażoną ośmiornicą, o dziwo smakowało! Po powrocie do hotelu nie mogliśmy zasnąć, dopadł nas jet lag, po długich męczarniach (tak to wtedy odczuwaliśmy) zasnęliśmy i co… ZASPALIŚMY 🙂 Wstaliśmy następnego dnia o 12:45 czasu lokalnego. Mieliśmy w planach wstać wcześniej i popłynąć na wyspy, które są w okolicy. Jednak się nie udało i pojechaliśmy na plaże Yanui Beach z pięknym widokiem, ale nie należała ona do czystych. Po powrocie poszliśmy na spacer i na TAJSKI MASAŻ…trwał godzinę. Tajki chodziły po Nas i wykręcały na różne sposoby, to był najlepszy masaż ever!!! Kolejnego dnia wstawaliśmy wcześnie rano, więc zaraz po kolacji poszliśmy spać, już bez większego problemu. Następna atrakcja jaka Nas czekała to wycieczka łodzią po Narodowym Parku Ao Phang-nga, na której zwiedziliśmy wyspę Jamesa Bonda (czyli.Khao Phing Kan), wioskę na wodzie Ko Panyee, która zrobiła na Nas niesamowite wrażenie! Prostota życia ludzkiego! Patrząc tam na mieszkańców, można powiedzieć tylko jedno… tam żyją szczęśliwi ludzie. Mieszka tam ok. 1700 ludzi, domów jest może ok. 200, mają tam swoją świątynie muzułmańską i szkołę dla dzieci! Naprawdę WOW! Kolejnym punktem podróży był rejs kajakami wokół skalistej wyspy Koh Talu. Do każdego kajaka dostawaliśmy Taja gratis, także nie musieliśmy wiosłować:) To co tam zobaczyliśmy zapierało dech w piersi i nie oddadzą tego żadne zdjęcia i słowa – PIĘKNIE. Na koniec popłynęliśmy na plażowanie na bezludną wyspę Koh Pra Wat Noi. Plaża była piękna, nawet trafiliśmy na żywą rozgwiazdę. To był ostatni punkt wycieczki. Kolejnego dnia z samego rana udaliśmy się jak do tej pory na najpiękniejszą plażę na Phuket Nai Harn Beach, filmowy krajobraz, piaszczysta plaża, lazurowa woda, super fale. W związku z tym, że był to ostatni nasz dzień na Phuket to postanowiliśmy zwiedzić trochę Rawai, bo do tej pory praktycznie co wyszliśmy na miasto to było ciemno. W skrócie -ładne rybackie miasteczko z wieloma knajpkami przy plaży…

 

A tutaj mała fotorelacja 🙂

 

E.
P.S. W kolejnym wpisie zabiorę Was na „niebiańską plaże” 🙂